sobota, 17 września 2011

Things Have Changed

Do kwietnia wiele się zmieniło.W lutym wprowadziła się Ashley i jeszcze przed tym Josh jej się oświadczył.Valerie była po raz pierwszy od długiego czasu tak zadowolona-była w szczęśliwym związku z Brendonem i przy okazji jej najlepszy przyjaciel także miał wiele szczęścia w miłości.Jedyna rzecz która ją teraz męczyła to świadomość nieuniknionej rozmowy z Joshem,a konkretnie powodu tej konieczności.
- Musimy porozmawiać - wreszcie odważyła się zacząć tą rozmowę.Musiała mieć też czas na przemyślenie wszystkiego,nie mogła podejmować pochopnej decyzji co do tego.
- Mów - szczęściem tryskało od niego na dobre kilkaset kilometrów.Był cały w skowronkach.
- Słuchaj,myślę o tym i planuję to od kilku miesięcy,więc nie masz prawa mi powiedzieć,żebym się z tym przespała albo coś - do jego radości dołączyło nagle zdziwienie i zdenerwowanie.Nic dziwnego,Valerie mówiła zdecydowanie za poważnym tonem jak na taki temat  - Wiem,że to jest mój dom,a ty tylko tu mieszkasz dopóki 'nie znajdziesz taniego mieszkania' - mówił tak od dobrych kilku lat,praktycznie odkąd zaczął tam mieszkać - ale to ja decyduję co się z nim stanie i mam zamiar się wyprowadzić jeszcze przed waszym ślubem,który ma być we wrześniu,tak?
- Tak,ale Val,nawet nie myśl się wyprowadzać,to my tu raczej przeszkadzamy.
- Josh,znam cię dobrze i cudem będzie jak kupisz mieszkanie na waszą dziesiątą rocznicę.Ja się źle z tym czuję,że zwalam wam co dwa dni Brendona na głowę,no ale nie wprowadzę się do niego,sparzyłam się już przy Ryanie i dobrze że się w pełni do niego wtedy nie wprowadziłam.Nie myśl,że przeszkadza mi wasza obecność,ale będziecie młodym małżeństwem,nie chcę wam przeszkadzać...
- Zaraz zaraz,z tego co powiedziałaś to zrozumiałem,że masz w planach zerwać z Bdenem,kłócicie się?
- Niee,to nie tak,znasz mnie i wiesz że jak raz się sparzę to już następnym razem postępuję inaczej.
- A no tak.Ale słuchaj,Ash mówiła że rodzice mogą załatwić jej bez problemu małe mieszkanie w centrum...
- Nie ma mowy,wy mieszkacie tu,na co mi samej taki wielki dom?Późno już,przepraszam,ale muszę jechać do Brendona,na razie - idąc w stronę drzwi pomachała mu.
- Faktycznie,on ma dzisiaj urodziny,zapomniałem całkiem.Złóż mu koniecznie ode mnie życzenia - po raz pierwszy Josh aż tak zakolegował się z chłopakiem Valerie.To musiał być jakiś znak.
Zanim pojechała prosto do domu Bdena musiała jeszcze zahaczyć o jakiś sklep,nie miała dla niego prezentu,nie miała nawet pomysłu na prezent.Trzeba przyznać,że kupowanie prezentów dla chłopaków nie było jej mocną stroną,Joshowi kupowała zwykle t-shirt albo płytę jednego z jego ulubionych zespołów,problem w tym,że o ulubionych zespołach Brendona nie miała pojęcia bo z reguły rozmawiali na całkiem inne tematy niż muzyka.Płyta była jednak dobrym tropem,pojechała do sklepu z gadżetami,płytami,filmami itp.Dziwnie się czuła będąc tam-miała na sobie dopasowaną,bladoróżową sukienkę  z czarnym pasem z koronki w talii i czarne platformy,a na dodatek pokręciła swoje naturalnie przerażająco proste włosy.Z reguły nie ubiera się tak na codzień,ale były urodziny jej chłopaka,więc chciała założyć coś innego niż jej ulubiona koszulka i jeansy jak zwykle.
- Czy może w czymś po... - powiedział do niej sprzedawca,ale pod koniec coś go zatkało. "Czy aż tak niespotykane jest że dziewczyna pójdzie do sklepu w sukience? Dziwne są dzisiejsze czasy." Przewróciła oczami,ale gdy tylko odwróciła wzrok na sprzedawcę ją także zatkało.Nie był to nikt inny jak jej były chłopak Sean,z którym była jeszcze przed Ryanem,zerwali niedługo przed jej nowym rozdziałem w życiu (czyt: sesja z FOB,poznanie Pete'a i Patricka).
- Valerie...Cudownie wyglądasz.Bardzo się zmieniłaś odkąd cię ostatnio widziałem - był pod jej wrażeniem.Czyżby zaczął żałować,że po ich kilkuletnim związku prawie rok temu doszedł nagle do wniosku że jej nie kocha i 'nie jest już tą samą Val którą poznał'?
- Dziękuję - ona nie miała żadnego komplementu by mu powiedzieć.Nie zmienił się w ogóle,nie był przystojny,należał do części brzydszych ex Valerie.Był niski i fakt że był brunetem z ciemną karnacją wcale nie dodawał mu uroku.Przeciętne dziewczyny były wyższe od niego,ale mało kto był niższy od V,miała tylko 1,6 m.
- Co tam u ciebie słychać?Dalej robisz zdjęcia?Ja wreszcie znalazłem pracę tutaj.
- Tak,chociaż ostatnio kiepsko z sesjami,mało klientów - nie miała ochoty z nim rozmawiać,z chęcią kupiłaby jak najszybciej prezent i wyszła...tylko właśnie,jaki prezent?Trudno,Brendon jej wybaczy,jak na razie najważniejsze dla niej było,by stamtąd uciec - Przepraszam,ale jestem umówiona,muszę iść.
- Do zobaczenia.
- Oby nie - mruknęła pod nosem wychodząc prawie biegiem.Jak najszybciej odpaliła auto i odjechała w stronę domu Bdena.Po drodze myślała o zmianach w jej życiu przez ostatni rok,faktycznie strasznie dużo się zmieniło,ale według niej na lepsze.Teraz gdy kolegowała się z gwiazdami nie wywyższała się,od Seana uciekała dlatego,że pomimo już prawie roku od ich zerwania ciągle go na swój sposób nienawidziła,zostawił ją z dnia na dzień i na dodatek spowodował u niej depresję,już nawet Ryan jej tak nie skrzywdził,bo ich związku nie brała aż tak na poważnie,jej zdaniem to był tylko taki flirt i dobra przyjaźń,ale i tak uważa,że nie powinien spać z Keltie.Trochę to egoistyczne,no ale cóż.
Podjechała pod dom Brendona,poszła w stronę drzwi i zadzwoniła.
- Wszystkiego najlepszego - pomimo tego że on nawet dobrze nie zauważył kto stał przed drzwiami,od razu po ich otwarciu rzuciła mu się na szyję i go pocałowała - Przepraszam,nie mam dla ciebie prezentu,kompletnie nie miałam pomysłu co ci kupić.
- Nie ma sprawy,nie lubię dostawać prezentów.W zupełności starczy,że tu jesteś -tak,to była prawidłowa odpowiedź.Weszli do środka i usiedli na dużej kanapie przed telewizorem.
Brendon cały czas coś opowiadał,chodził,coś robił,dalej opowiadał,normalne.Przez to wszystko nawet nie zdał sobie sprawy,że Valerie go w ogóle nie słucha.Cały czas myślała o weselu Josha-iść z Brendonem,czy sama?Z pewnością Josh chciałby by był Bden,ale Val czuła że to jeszcze za szybko by poznawać go z rodzicami,którzy też tam będą.Myślała też o poszukiwaniu nowego domu,nie chciała się wyprowadzać ale robiła to dla dobra swojego przyjaciela.Jest wybredna,więc nie wybierze pierwszego lepszego tylko dlatego że jest tani.
- Valerie? - brawo za spostrzegawczość!Brendon dopiero teraz zrozumiał że mówi jakby sam do siebie - Czy ty mnie słuchasz?
- Przepraszam,zamyśliłam się - było jej trochę głupio.Przyszła do niego w jego urodziny i jeszcze nie chce jej się go słuchać - Wiesz,ostatnio się u mnie pozmieniało.Musze poszukać nowego domu,żeby Josh z Ashley mogli mieszkać sami.
- Wprowadź się do mnie - powiedział to tak,jakby było to przecież oczywiste.Dla niego może tak,ale dla Valerie nie.
- Nie mogę.Nie czuję się jeszcze na to gotowa.
- Jak to nie możesz?A z Ryanem jakoś mieszkałaś i było ok.
- Nie mieszkałam z nim!Przychodziłam tylko do niego czasem na noc i tyle.Z resztą mniejsza z tym,nie chcę się z tobą kłócić.
Z twarzy Brendona zniknęła nagle złość i pokazał się jeden z jego najpiękniejszych uśmiechów.Oczywiście nie mogli już dłużej patrzeć sobie prosto w oczy z uśmiechami na twarzy,bo musiał zadzwonić telefon Valerie.Pomyślała że to pewnie Josh,ale to był nieznany numer.
- Halo,kto mówi? - spytała marszcząc delikatnie czoło.
- Witam,tu doktor Isabel Collins ze szpitala w Nowym Jorku.Czy dodzwoniłam się do Valerie Thornton? - "O Boże,rodzice"
- Tak,to ja.Co się stało?
- Pani rodzice mieli poważny wypadek,są w stanie krytycznym.Wiem,że mieszka pani w LA,ale jakby co to samolot do Nowego Jorku wylatuje za 5 godzin.Radzę nim polecieć,bo może to być ostatnia okazja by się z nimi spotkać,nie jest najlepiej - Valerie zasłoniła usta dłonią a po jej policzku pociekła łza.Brendon podbiegł by usiąść koło niej i przytulił ją.Wiedział że coś złego się stało.
- Dziękuję,na pewno przylecę.Do widzenia - wykrztusiła resztkami sił i rozłączyła się.Chwilę później płakała oparta o ramię Brendona.
- Co się stało,Val?
- Moi rodzice mieli wypadek,muszę lecieć do Nowego Jorku,bo mogę już ich nie zobaczyć później.
- Lecę z tobą.Nie zostawię cię samej teraz.
- Nie,Brendon,zostań.Polecę sama albo z Joshem.
- Chodź,pojedziemy do ciebie i zabierzesz jakieś rzeczy,bo dzisiaj raczej nie wrócimy - pomimo tego że chwilę temu mówiła żeby nie jechał,teraz już było jej wszystko obojętne.
Gdy zajechali do domu Valerie,opowiedziała wszystko Joshowi,który postanowił,że poleci z nimi.Oczywiście Val opierała się,ale z drugiej strony chciała mieć ze sobą kogoś bliskiego.Zostawili auto w garażu i wybrali się taksówką na lotnisko.
Po około sześciu godzinach byli już na miejscu.Busem podjechali pod szpital i pobiegli spytać o rodziców Val.Kobieta zajmująca się wysyłaniem rodzin do pacjentów zaprowadziła ich do doktor Collins,która była lekarzem prowadzącym.
- Bardzo mi przykro,przybyła pani chwilę za późno.Godzinę temu zmarła pani matka - Valerie nie wytrzymała.Zalana łzami wtuliła się w Brendona - Mogę zaprowadzić panią do ojca,jest z nim już trochę lepiej i odzyskał przytomność.
Nie wiedziała zbytnio co się dzieje,ale dała się zaprowadzić do taty.Nie wybaczyłaby sobie jakby już go nie widziała,ale przecież polepszyło się z nim,więc będzie dobrze.
- Tato... -podbiegła do jego łóżka i złapała go za rękę.Cały był w opatrunkach i nie wyglądał najlepiej.
- Wierzę,że dasz sobie radę bez nas.Zawsze byłaś silną dziewczyną - powiedział osłabionym głosem.
- Będziesz żył,lekarka powiedziała że już jest o niebo lepiej - podbarwiła trochę to 'o niebo',ale chciała sama uwierzyć,że będzie dobrze.
- Skarbie,na mnie już czas.Nie przejmuj się,zapisałem na ciebie nasz cały majątek i dom,mój brat dostał firmę.Dacie sobie radę - nagle jej uszu dobiegł nieprzyjemny,piszczący dźwięk.Kilka sekund później przybiegli lekarze,kazali jej wyjść i próbowali ratować jej ojca.Niestety,chwilę później jedyne co po nim zostało to pozioma kreska i zero na monitorze koło łóżka.
- Zgon o 18.46 - powiedział jeden z lekarzy.

2 komentarze:

  1. O kurr..cze no to nieźle. Przynajmniej dobrze, że jest z Bden'em ;3

    OdpowiedzUsuń
  2. O.o
    oooooo
    Aż tak??? Matko... Biedna Val...

    OdpowiedzUsuń